Uwielbiam mieć taki zamęt w życiu. Kończę 7 semestr studiów, czas pisać pracę inżynierską, obronić się, czas do 10 kwietnia. Wszyscy spokojnie piszą, studiują dalej, robią NA BIEŻĄCO projekty. Dostajemy duży projekt, czyli 18 stron obliczeń plus rysunek zbiornika wraz z rysunkiem każdego szczegółu, da się zrobić. Chodzisz jak człowiek, który chce coś umieć na te wszyskie wykłady i zajęcia dwa razy w tygodniu według planu. Nagle, w połowie listopada okazuje się, że zajęcia kończą się 22 grudnia i musisz odrobić zajęcia, które masz mieć w styczniu przez ten jeszcze miesiąc. No nic, teraz zamiast siedzieć w poniedziałki i środy od 7 do 20 na zajęciach siedzisz w poniedziałki, wtorki, środy i piątki (!) w tych samych godzinach. Niegodne studenta IV roku !
No nic, dalej żyjesz w błogiej nieświadomości, że wszystko uda się na czas. Nagle, następny atak ze strony władz uczelni, tym razem badziej dotkliwy. Nie mamy się obronić do 10 kwietnia, po co nam tle czasu. Mamy się obronić do 10 lutego. Nagle gdzieś zaginęły dwa miesiące, gdzie, skoro dostaliśmy rozpiskę jak ma nasz plan semestralny wyglądać.
“Przecież studia magisterskie zaczynające się semestrem letnim nie mogą się zaczynać miesiąc/dwa miesiace” po normalnym starcie semestru. Lotto mnie to wszystko wokół nie powiem czego. Nagle nie dość, że mam siedzieć całymi dniami na uczelni to jeszcze musze pracę oddać do połowy stycznia, bo władze uczelni teraz dopiero o tym pomyślały ? Skandal bracie, skandal. Wszystko zostło narzucone, aby drugi stopień studiów wystartował któregoś marca, tylko szkoda, że najpewniej kierunek na którym studiuje nie osiągnie progu 20 osób aby wystartował w marcu, skoro teraz, na pierwszym stopniu na ROKU jest 15 osób. Paranoja.
Ciężkie jest życie studenta. Ho ho !

